Na progu starości

To było tuż po moich sześćdziesiątych urodzinach.

Siedziałyśmy w ogrodzie, było lato, ciepłe popołudnie pełne przyjaznego słońca.

– Dziwnie jest być po sześćdziesiątce – powiedziałam i łyknęłam pięcio-przemianowej kawy – jej smak pomagał mi przełknąć lekko gorzki smak takiego uświadomienia.

Patrzyłyśmy na las, jadłyśmy kruche ciastka, które upiekłam na jej przyjazd.

– No tak. – powiedziała po chwili – Nie dziwię ci się, w końcu stoisz na progu starości..

„Co? – pomyślałam – s t a r o ś c i….?” Jej słowa podziałały jak podmuch zimnego wiatru.

Jednak nie powiedziałam nic.

Gdybym to usłyszała o kogoś innego, odebrałabym to jako lekką uszczypliwość. Ale ona jest z natury szczera i uczciwa. Jeśli powiedziała to ona, to znaczy, że nie było sensu zaprzeczać.

Lubię ją. Łatwo jest się z nią spotkać, jest otwarta, emocjonalna i ogarnięta jednocześnie. Dużo się od niej uczę. Najbardziej mnie zadziwia jej determinacja w wyłuskiwaniu dobrych chwil z życia. Ma jakieś wewnętrzne postanowienie, że będzie dobrze żyć, mimo tego, że życie wciąż ją wystawia na próbę.

Siedziałam obok niej i przyglądałam się temu, co powiedziała.

„Stoję na progu starości..” – myślałam i przymierzałam te słowa jak nową sukienkę. Po chwili poczułam lekką frajdę – czułam się jak w sukience vintage, a w końcu takie uwielbiam.

Od tamtej rozmowy minęły dwa lata. Zdążyłam się już w tym czasie umościć na moim progu starości. Patrzę trochę wstecz, trochę do przodu. Mam dużo energii i dużo planów. Życie mnie wciąż fascynuje, ciągle jestem ciekawa. Ciągle mi się chce iść do przodu ale mam też jednocześnie duży zasięg w tył – pamiętam czasy, w których nie było telewizji, nie mówiąc o telefonach. Pamiętam zabawy w szklane witrażyki z potłuczonych butelek zanurzonych w piasku. Dzieciństwo pełne książek i wyobrażonych przyjaciół. W moim dzieciństwie spotkanie z koleżanką wymagało zaryzykowania wyjścia z domu i pójścia do niej, chociaż nigdy nie wiadomo było czy się ją zastanie. Trzeba było naprawdę chcieć się z kimś spotkać, żeby podjąć taki wysiłek.

Lubię wspominać świat z mojego dzieciństwa. Nie uważam, żeby był lepszy niż dzisiejszy – był zupełnie inny. Jego pamięć to mój zasób.

Moje życie było pełne zwrotów, upadków i osiągnięć. Czuję się tak, jakbym miała wewnątrz ogromną bibliotekę, z której mogę korzystać w każdej chwili, szukać odpowiedzi, przykładów i inspiracji.

Więc dobrze mi jest stać na progu starości. Dobrze się na nim wymościć i korzystać z możliwości jakie niesie długie życie. Proces starzenia odkleja z życia to, co niepotrzebne i wyostrza czucie tego, co istotne. A dla mnie istotna jest zmarznięta rosa na jesiennym trawniku. Chodzę po niej boso a potem zakładam ciepłe skarpety i piję gorącą kawę z kardamonem.

Dotykam ciepłych dłoni mojego męża.

Przytulam moje wnuczki, nasączam je sobą. Chcę, żeby pamiętały to, jak żyłam.

Piszę, śpiewam, tańczę. Kupuję nowe ciuchy, bawię się modą.

Kocham swoją pracę.

Nie chce mi się kłócić z nikim i z niczym.

Codziennie nasączam swoje serce esencją życia.

Więc siedzę sobie na tym progu starości i uśmiechać mi się chce. Nigdy nie czułam tak wyraźnie, że jestem dla siebie ważna. Każdy dzień to prezent. Każda chwila wnika głęboko i łagodnie. Stapiam się powoli z życiem, zaplatam się z nim.

Nigdy nie czułam się tak żywa.

Tak obecna.

Nigdy nie byłam tak ciekawa co będzie dalej.

No Comments

    Leave a Reply