W gabinecie – Ale się pomyliłam…

Siedziała przede mną w milczeniu. Chudziutka, z zaciśniętą twarzą.

– Nie jestem jeszcze gotowa na wyjście do ludzi.. – powiedziała. Jej głos był spokojny, głęboki. Każde słowo wyważone. Mówiła tak, jakby oglądała każdą sylabę zanim ją wyartykułuje.

– Czuję się źle, bardzo ostatnio schudłam. Nie chcę się pokazywać ludziom w takim stanie. – spojrzała na mnie. W jej spojrzeniu nie było wołania o pomoc.

Znamy się już długo. Wiem, że ona wie o swojej traumie wszystko. Niczego nie trzeba już dociekać, nie trzeba szukać tropu, uświadamiać sobie.

Patrzyłam w jej spokojne, przygaszone oczy. Milczałam. Słuchałam.

– Wstydzę się swoich chudych palców. Boję się, że każdy, kto na nie spojrzy, będzie wiedział, że coś jest ze mną nie tak. – mówiła głosem kogoś, kto jest pogodzony z losem i nie ma nadziei na jego polepszenie.

– Tak w ogóle to jestem całkiem spokojna, funkcjonuję nieźle ale pod warunkiem, że nic nie czuję.. – dodała po chwili.

Zdawałam sobie sprawę, że wpadła w III poziom poliwagalny (znieruchomienie z powodu zagrożenia życia – więcej na ten temat tutaj). Zapis jej historii z dzieciństwa wrzucał ją co jakiś czas w zespół stresu pourazowego.

– Wszystko mam ogarnięte – dom posprzątany, wszystko poprasowane, poukładane. Dzieci ogarnięte, lekcje odrobione – uczę się biologii, geografii, matematyki – uśmiechnęła się blado. Jej oczy pozostały nieruchome. – Na zewnątrz wydaje się wszystko ok. Tylko żebym nic nie czuła….

– Jestem jak robot – dorzuciła cicho.

– Ile procent ciebie jest teraz w traumie a ile poza nią? – spytałam.

– 90 procent trauma, 10 poza – odpowiedziała bez zastanowienia. – Trauma sprząta, prasuje i odrabia lekcje z dziećmi..

– A te 10 procent?

Spojrzała na mnie uważnie.

– Byłam w tą sobotę na koncercie heavy metalowym, Robert grał z zespołem – rzuciła (Robert to jej mąż).

– Jak było?

– Fajnie – jej twarz się lekko ożywiła – wszyscy się ucieszyli na mój widok, dawno mnie nie widzieli. Było naprawdę świetnie. Chłopaki szaleli, wiesz, ta muzyka to czysty wkurw.. Lubię to..  Dawno nie czułam się tak lekko…

Popatrzyła chwilę w bok, miałam wrażenie, że ogląda jeszcze raz siebie na koncercie.

– Oni są tacy piękni, grali bez koszulek, było na co popatrzeć. W ogóle było szaleństwo.. Tylko ja stałam jak kłoda, moje ciało nie umiało się poruszyć. Ale wewnątrz czułam się żywa.

– Jak się wtedy rozkładały twoje wewnętrzne proporcje? Ile procent traumy a ile poza nią? – spytałam.

– 30 procent traumy a 70 procent poza. Na 70 procent czułam się żywa..

 – odpowiedziała bez zastanowienia.

– Co ci pomogło na koncercie wyjść tak daleko poza traumę?

– Hm.. wiesz, oni są wszyscy trochę dziwni i … wkurwieni..

– I to ci pomogło?

– Tak. Bo czułam się tam normalna, taka jak oni. Nie czułam, że odstaję od normy jak w życiu codziennym.

– Ok. Czyli, tak naprawdę, w gruncie rzeczy jesteś dziwna i wkurwiona?

– Na to wychodzi – spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

– A syndrom perfekcyjnej pani domu? Mówiłaś, że dom prowadzi część straumatyzowana.

– No tak.

– To znaczy, że to, co uważałaś za pozytywne, czyli poprawne życie z porządnym domem i dobrze wychowanymi dziećmi to przejaw twojej traumy. A dziwaczność i wkurw to twoja prawda wystająca zza syndromu perfekcyjnej pani domu.

Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Miała zaróżowione policzki. Po chwili zaczęła się uśmiechać, w końcu się roześmiała. Jej śmiech był szczery, wyglądała na autentycznie rozbawioną.

– Ale się pomyliłam… – powiedziała i złapała się za głowę. – Fuck…

No Comments

    Leave a Reply