Domknięcie Figury

Dwa dni temu umarł mój nauczyciel Gestaltu, Adam Haller. Dowiedziałam się o tym kiedy byłam na polu, bo zachód słońca był tego dnia obłędny – fioletowo-różowy, chłodny i nasycony jednocześnie. Patrzyłam sobie na niebo, już ciemne i tylko w pasie łączenia się z ziemią nieoczekiwanie kolorowe. Wtedy właśnie dostałam sms-a od przyjaciółki z Krakowa – „wczoraj umarł Adam Haller”.

Te słowa niczego nie zakłóciły. Podniosłam oczy znad telefonu – świat ani drgnął. Ja też. Tylko lekko westchnęłam.

Cały wieczór krążyły wokół mnie nasze spotkania z Adamem – moja z nim praca terapeutyczna, warsztaty szkolne, które prowadził. Słyszałam jego głos: „ostatnia Figura, którą domknięcie w tym życiu to wieko trumny”. Lubił to powtarzać, szczególnie wtedy, kiedy ktoś się dziwił, że ma jeszcze coś do zrobienia ze sobą, że wracają dawne tematy.

W ogóle był gawędziarzem, często opowiadał o swoich doświadczeniach. Słuchało się tego dobrze, jego historie dawały chwilę oddechu w trakcie pracy, nawet jeśli słyszało się je już po raz kolejny, bo się czasem powtarzał.

Zdarzało się, że w czasie naszych warsztatowych spotkań w parach ucinał sobie drzemkę w kącie na materacu. A potem odzywał się znienacka – na temat i w punkt.

Adamowi wiele się wybaczało. Może dlatego, że był z niego „swój” chłop? Pamiętam jak mi odmówił wynajęcia sali na ustawienia hellingerowskie, które wtedy organizowałam. Powiedział, że ten rodzaj pracy jest niezgodny z linią działania szkoły. A potem mieliśmy z nim dwa warsztaty jego pomysłu na temat struktur rodzinnych, które prowadził metodą ustawieniową. Z wielkim zaangażowaniem zresztą, jak wszystko co robił.

Czasem się zastanawiam, czy byłabym terapeutką gdyby nie on. Dzięki niemu uwierzyłam, że mogę nią być. Pamiętam jak pod koniec szkoły poszłam do niego i zapytałam co mam zrobić, żeby zacząć pracować i utrzymać się z terapii. „Zrób sobie wizytówki i rozdaj ludziom” – powiedział. To było jak błogosławieństwo na drogę. Proste, konkretne i uspokajające. Naprawdę mnie to wzmocniło.

Kiedy robiłam pierwszy etap szkoły byłam bez kasy. Pierwszy etap trwa rok, zadzwoniłam do niego po trzech miesiącach i powiedziałam, że nie dam rady finansowo i muszę zrezygnować. Jeszcze wciąż mi brzmi jego głos w słuchawce: „Szkoda by było, nie rezygnuj. Dokończ ten rok, zapłacisz jak będziesz mogła”. I zostałam.

Jestem już 10 lat po szkole a wciąż mi się przypominają jego słowa: „uważaj na swoją intuicję, bo dziewięć razy ci pomoże a za dziesiątym może zawieść”. „Lubisz pracować metaforą, ale pamiętaj o konkretach.”

Mówił do mnie „Ewka” i bardzo to lubiłam. Rzadko ktoś tak do mnie mówi, jego „Ewka” dawało mi poczucie bezpieczeństwa, lubiłam myśleć, że mnie lubi i dlatego tak mnie nazywa. Bo ja go lubiłam. Lubiłam z nim pracować. Nie bałam się o niego jak mnie ponosił mój własny proces, (przećwiczyłam na nim moją trudną relację z ojcem). Nie bałam się o niego, bo był silny i można z nim było odwalić konkretną robotę.

Jego styl dawał mi nadzieję, że znajdzie się dla mnie miejsce w tym zawodzie. Nie był zachowawczy, wychodził do klienta uczciwie i z wyczuciem. Był spontaniczny i taktowny jednocześnie. Był sobą, nie chował się za żadną strukturą. Wierzyłam mu.

Pamiętam jak powiedziałam mu jaki będzie miał tytuł mój warsztat na zakończenie szkoły – „Ty i ja – wspólna przestrzeń”. Skrzywił się i mruknął pod nosem „to mi jedzie symbiozą..” Po latach przyznaję mu rację – trochę to symbiozą jechało. Ale zostawiłam ten tytuł a on nie naciskał żeby go zmienić.

Najbardziej mi chyba utkwiła w pamięci taka sytuacja: jestem dwie godziny przed warsztatem zaliczeniowym, Adam mnie superwizuje. Właściwie już kończymy, ja mówię, że jestem lekko zesrana ale przecież dam radę, bo zawsze daję radę. A on na to: „Dajesz radę Ewka, ale jakim kosztem?..” Pamiętam jego twarz jak to do mnie mówił. Patrzył mi w oczy uważnie i, wydawało mi się, ze smutkiem. Po czym dodał: „Ja też zawsze daję radę.. ale trzeba być uważnym na koszty..”

Przez kilka lat miałam w sobie te słowa: „Dajesz radę Ewka, ale jakim kosztem?” Właściwie to był później główny kierunek mojej pracy nad sobą – szacowanie kosztów jakie płaciłam za intensywność życia.

Kiedy się dowiedziałam, że jest chory pomyślałam, że właśnie dopadły go jego koszty. Jego historia. Jego los. Kruszał pod nimi – mocny ciałem i duchem mężczyzna przetrącony chorobą. Jednak do końca zaangażowany w życie.

A teraz nie żyje.

Jednak, jeśli o mnie chodzi, Adam będzie zawsze żywy w mojej pracy terapeutycznej.

1 Comment

  • Krzysiek
    23 listopada 2019 at 11:12

    Niby zwykła historia: ktoś poszedł w pola by oglądać zachód słońca, komuś się zmarło…
    Niby pasuje do mojego nastroju z domykaniem rzeczy w tle i takim też motywem przewodnim…
    A jednak chyba więcej: dawanie rady – nie dawanie rady i tego koszty; zaczynanie i kończenie (w tym ostateczny koniec); odpuszczenie bo się (k…) nie składa, bez nadziei, bez słów, że bardzo zależy nam i gdyby coś się odmieniło t o na pewno… – po prostu odpuszczenie bo i tak w oddali czeka nas ta ostateczna figura…

    Reply

Leave a Reply