Przetrwanie i autodestrukcja

Najwięcej się uczę o życiu od przyrody, a szczególnie od roślin, bo z nimi jestem najbliżej. Zafiksowałam na punkcie ogrodu około czterdziestki, wcześniej byłam na naturę dość zamknięta. Niewiele też kumałam jeśli chodzi o życie.

Pierwsza sprawa, która mnie zadziwiła kiedy się zajęłam ogrodem, to to, że jak się przerwie naturalną wegetację rośliny, to ona nie osiągnie pełnej dojrzałości. Zdarzało mi się eksperymentować i przesadzać kwiaty przed zakwitnięciem. One nigdy już nie były takie piękne jak te, które dojrzewały w tym samym miejscu, bez przesadzania. Te przesadzone przeżywały traumę wyrwania z korzeniami i trudów zakorzeniania się w nowym miejscu. A był to czas, w którym powinny skupiać energię życiową na rozwoju i zasilaniu pąków kwiatów.

Nietrudno jest dojść do wniosku, że podobnie jest z ludźmi. Jeśli nie mamy odpowiednio dużo czasu i spokoju na rozwój zgodny z rytmem życia – trudno nam korzystać z potencjału, który jest wpisany w naszą istotę. Jeśli, jako małe dzieci, musimy zabiegać o przetrwanie w niepokojącym nas otoczeniu to, jako dorośli, rzadko umiemy ufnie korzystać z życia. Każde zakłócenie w rozwoju i budowaniu tożsamości kształtuje trudności w późniejszym życiu.

Czyli – jeśli we wczesnym okresie życia nasze poczucie bezpieczeństwa zostanie zakłócone – to zbyt duża dawka energii życiowej idzie na przetrwanie. A to powoduje zmniejszenie potencjału energetycznego skierowanego na rozwój i poczucie spełnienia w dorosłym życiu. W skrócie – nie jesteśmy już tak piękni, jacy moglibyśmy być.

Jak kwiaty, którym zakłóca się naturalną wegetację.

No i jeszcze jedna rzecz, która mnie zadziwia w przyrodzie – wszechobecne umieranie. Niby ogólnie wiadomo że uschłe rośliny idą na kompost i budują glebę na nowe, młode. Niby wiadomo, ale warto się temu przyjrzeć bliżej, uwierzcie mi.

Otóż – weźmy bujnie kwitnące rośliny. Zawsze przychodzi okres, w którym kwiaty zaczynają brzydzieć, brązowieć i podśmierdywać. To jest naturalne, u kwiatów niepokoju nie wzbudza. A u ludzi? Na nas też przychodzi czas, w którym zaczynamy tracić świeżość, kurczyć się, brzydnąć. Co musiałoby się z nami stać, żebyśmy do tego zjawiska podchodzili z taką naturalnością jak natura?

Jeszcze jedno ciekawe zjawisko ogrodnicze – jeśli nie obcinamy więdnących kwiatów, roślina skupia się na ich ratowaniu i nie ma wystarczająco dużo siły, żeby produkować nowe, młode i piękne.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam od cioci Jagódki (od niej uczyłam się ogrodów), że trzeba się bez pardonu pozbywać starego, bo nie wyrośnie nowe, to dało mi to dużo do myślenia. I za każdym razem kiedy obcinam przywiędnięte kwiaty, myślę o pozbywaniu się starego, które kiedyś było piękne i potrzebne.

Można by się pokusić o wniosek, że trzymanie się starego (cokolwiek to jest) hamuje życie. Trzymanie czegoś, co nam nie służy działa destrukcyjnie. Bo – jeśli nie obetniemy starych kwiatów to roślina wciąż stara się je „ożywić” zamiast zająć się nowymi pąkami.

Ile jest spraw i przedmiotów, które trzymamy, choć już straciły energię i nam nie służą? A ile czasu i siły potrzeba, żeby je utrzymać? I dlaczego boimy się z nich zrezygnować?

Przychodzą mi na myśl wszystkie zasłyszane historie o chorych zwierzętach domowych, którym „właściciele” nie dawali umrzeć. Widziałam ludzi leżących w agonii i ich bliskich zaprzeczających ich umieraniu. Znam ludzi, którzy trzymają się pracy, która niszczy ich chęć do życia. Znam też ludzi tkwiących w związkach, które sprawiają ból. Każdy z nas pielęgnuje jakieś zaprzeszłe historie, które zasysają energię życiową i ściągają na nas podły nastrój i choroby.

Jeśli nosimy w sobie coś, co więdnie i zamiera, to, prędzej czy później zamieranie i więdnięcie infekuje pozostałe obszary naszego istnienia.

Jeśli chcemy, żeby przetrwało to, co już chce odejść, to ta chęć przetrwania dekonstruuje porządek życia, zakłóca przepływ i utrudnia stawanie się nowego.

Jeśli nie puścimy starego to wciąż się tym zajmujemy, tracąc energię, która jest potrzebna na nowe, młodsze i odżywiające życie.

Taki paradoks – trzymając kurczowo przy życiu stare, nie mamy siły na nowe. Tak oto źle pojęty instynkt przetrwania staje się autodestrukcją.

Jak się z tego wyplątać?

Trzeba się zająć na początek drobnymi sprawami – rozejrzeć się po dniu naszym codziennym. Spojrzeć w kierunku szafy na przykład – ile mamy niepotrzebnych ciuchów? Ile mamy nadtłuczonych talerzy w kuchni. Jak często psuje nam się jedzenie. Ile sprzętów i przedmiotów upychamy po kątach, bo może kiedyś.. No i, jak Kopciuszek, rozpocząć oddzielanie ziaren od plew. Robimy porządki, żeby wpuścić świeży powiew. Trochę to tak wygląda, że wywalenie starych gratów rozluźnia rzeczywistość i zaczynamy dostrzegać to, czego wcześniej nie widzieliśmy.

Życie to metafora, moim zdaniem.

Na koniec jeszcze jedna historia z mojego ogrodu. Co roku kupuję petunię Milion Bells, zawsze nęci mnie jej fascynująca okazałość, bo jest faktycznie obsypana nieskończoną ilością pięknych, małych kwiatków. I co roku ponoszę porażkę i wynoszę ją z tarasu gdzieś w połowie lata. Bo jeśli nie poświęci się codziennie sporej chwili na obrywanie przekwitłych kwiatów to Milion Bells traci swoje miliony dzwonków a jej los toczy się w kierunku przywiędnięcia.

Tak oto zwykła petunia staje się barometrem mojej cierpliwości w pozbywaniu się starego. Roślin się nie oszuka.

4 komentarze

  • Ania
    6 października 2019 at 16:17

    Ewo, nie wiesz jak bardzo Twój tekst jest mi teraz drogowskazem. Niby to wszystko wiem, bo przecież od lat pielęgnuję swój ogród życia, ale brak mi dystansu do tego co dotyczy bezpośrednio mnie. Co do samej przyrody to zachwyca mnie jej nieposkromioność, cierpliwość, wolność i powtarzalność. Nawet tam, gdzie człowiek zdaje się ją wyplenić, wyrugować, wzrasta ze swobodnie przelatujących nasion, w szczelinach okazji. Ile razy widzę porastające zgliszcza czy ruiny jakiegoś obiektu np. brzózki to czuję wzruszenie. Oto życie, egzystencja materializuje się w cudnej postaci, nawet bez naszego udziału. Gdyby tak umieć czerpać z tej lekcji i nie poddawać się, nawet tam gdzie wydaje się, że już tylko zgliszcza i koniec.

    Reply
    • ewa
      8 października 2019 at 11:37

      Czasami poddanie jest najlepszym wyjściem 🙂 Przyroda nie walczy. Po prostu żyje.

      Reply
  • Gaja
    5 listopada 2019 at 11:35

    Jestem w przełomowym momencie życia. Uciekłam z dziećmi na wieś z dużego miasta. Domek stuletni, wyzwanie..ale miejsce na piękny ogród…uciekłam przed nim…jego wieczną krytyką, podcinaniem skrzydeł. Pragnę spokoju…i nagle kilka tygodni temu zetknęłam się z Pani szarą książką. To balsam dla duszy🤗

    Reply
    • ewa
      6 listopada 2019 at 14:29

      Bardzo się cieszę, że mogę pomóc 🙂 To ciekawa historia, może napisze Pani coś więcej na maila? Pozdrawiam serdecznie i życzę siły i spokoju.

      Reply

Pozostaw odpowiedź Gaja Cancel Reply