Opowieści prowadzącej – część druga

Kiedy to piszę jest już po warsztacie prawie tydzień. Siedzę w ogrodzie, ale tym razem nie moim – wyjechaliśmy nad jezioro Komorze w okolice Czaplinka. Tylko tutaj możemy siedzieć nad wodą w trawie i przez kilka godzin nie spotkać nikogo.

Warsztat to czas głębokiego bycia z ludźmi. Potem, dla równowagi, ląduję w takich właśnie miejscach – tam, gdzie mogę mieć wrażenie, że Matka Ziemia jest tylko dla mnie. Że słońce świeci tylko na moją skórę a woda rozpuszcza  moje myśli, niektóre kręte i pozawijane. Jest we mnie część, która bardzo potrzebuje wyłączności i tutaj ją karmię.

Z perspektywy czasu warsztat nabiera kształtów ostatecznych a potem rozpływa się w powietrzu jak hologram. Zanim się jednak rozpłynie, chcę się z wami podzielić historią dwojga ludzi, którzy szukają miłości nie do końca w nią wierząc:

Ona.

Jest wiotka i ekscentryczna. Piekielnie inteligentna i zawiła. Od wielu lat stara się z tych zawiłości wyplątać, jednocześnie boi się banału, który może pozostać jak zawiłości znikną.

Właściwie nie miała ojca, jej matkę zapłodnił żonaty kolega z pracy, który nigdy nie zostawił swojej rodziny. W miejscu z napisem Ojciec – zionie u niej pustką.

On.

Męski, usztywniony i niesłychanie wrażliwy jednocześnie. Niezidentyfikowana złość wyłania się przy każdej możliwej okazji w sposób bierny i chłodny. Niebezpieczny dla siebie. Jak się zapomni, potrafi być żywy i iskrzący. Jednak przy każdej nadarzającej się okazji jest dla siebie okrutny. Nie zdaje sobie sprawy, że w taki sam sposób bywa okrutny dla innych – szczególnie kobiet.

Matka już w ciąży z nim była ciężko chora, umarła jak był małym chłopcem.

***

Kończył się drugi dzień warsztatów, kiedy On otworzył się przed grupą i opowiedział o swojej dojmującej samotności i braku wiary w to, że coś może się zmienić. Był w tym autentyczny, otwarty i przepełniony rezygnacją.

Następnego dnia Ona powiedziała mu, że kiedy słuchała jego historii poczuła, że tak otwartego i będącego ze sobą w kontakcie mężczyznę, mogłaby pokochać. I że to dla niej pierwszy raz, kiedy poczuła jak może reagować jej serce na kontakt z mężczyzną.

On był zaskoczony i oniemiał. Chwilę patrzyli sobie w oczy – Ona przepełniona  aromatem serca, On w zatrzymaniu, nieporadny.

Warsztat płynął dalej. Następnego dnia poprosili o czas dla siebie i swojej relacji. Z uwagą i troską patrzyłam na cierpienie, którym emanowali.

Okazało się, że po jej słowach On poczuł się zmuszony do reakcji. Bał się, że jeśli nie zachowa się „jakoś” Ona poczuje się zraniona. Odebrał jej słowa jak propozycję, poczuł, że kiedy kobieta po niego sięga, musi dać się wziąć. Inaczej kobieta poczuje się odrzucona i będzie przez niego cierpieć.

Tak się rozpoczął flirt poza zajęciami. Wieczorem bliskość fizyczna w tańcu, rozmowy o seksie. Ona poszła w to jak w dym. Powiedziała później, że takiego obrotu sprawy się nie spodziewała, ale bardzo jej się spodobało to, co zaczęło się dziać.

Potem On jej powiedział, że jednak nie czuje do niej pociągu i że właściwie to Ona mu się nie podoba.

Zrobił to. Zadał jej ból, którego się wcześniej obawiał. A ona, nieporadna w swoim otwarciu, osunęła się jak po ciosie w serce.

Kiedy Ona wpadła w rozpacz, On wpadł w swoją.

Był już ostatni dzień warsztatu, czas na domykanie. Postanowiliśmy jednak otworzyć przestrzeń na cierpienie, które sobie oboje zadali. Część osób wybrała swój proces domykania warsztatu i wyszła z Sali w trakcie pracy nad ich historią. Część została.

Ona pierwszy raz otworzyła przestrzeń serca w kierunku mężczyzny. On na tą przestrzeń nie był gotowy. Pogubił się, zareagował uwodzeniem, potem się wkurzył sam na siebie i ją odepchnął. Jego zagubienie spotkało się z jej nieporadnością.

Każde z nich osunęło się w swoją ciemność. On dotknął bólu i pustki po braku relacji z Matką.

Ona była zanurzona w bólu i pustce po braku Ojca.

Spotkali się, żeby tego bólu i pustki dotknąć. Pokazali się grupie, grupa dała im wsparcie i akceptację. Po kilku dniach warsztatu wszyscy byli już na to gotowi – na spokojne przyjęcie tego, co jest. Na współczucie i obecność w ich bólu. Być może pierwszy raz odważyli się tak głęboko siebie pokazać. Dzięki temu otworzyła się dla nich przestrzeń na  mówienie odważnie o tym, czego chcą a czego nie. Może już nie będą musieli bezwolnie powtarzać swojej historii, tylko  sięgać po to, co im odpowiada. Co ich wzmacnia i karmi.

Są dorosłymi ludźmi, którzy mają już potencjał, żeby wytrzymać swój dziecięcy ból i nie zatracić się w nim. Mogą sięgać po wsparcie, prosić o obecność w swoim życiu ludzi, którzy są dla nich przyjaźni.

Mogą już dopuścić do siebie myśl, że samotność jest wpisana w rozwój. I że każdy jest tylko gościem w naszym życiu.

Mam nadzieję, że część tej świadomości została z nimi po powrocie do domu.

3 komentarze

  • K.
    26 lipca 2019 at 14:27

    „sięgać po to, co (…) odpowiada. Co (…) wzmacnia i karmi” !!!

    Reply
    • ewa
      27 lipca 2019 at 08:32

      właśnie tak 🙂

      Reply
  • Ania
    1 listopada 2019 at 20:40

    „każdy jest tylko gościem w naszym życiu” – jakaż to bolesna prawda, która towarzyszy mi przez całe życie. Mając zaledwie 25 lat ćwiczyłam wieczorami pośmiertne pożegnanie z ojcem, który żył, był zdrowy i nigdy nie rozszedł się z moją mamą ani ze mną. Czułam wielkie przywiązanie i miłość do niego, a jednocześnie lęk, że pęknie mi serce gdy umrze. Nie był idealnym ojcem ale ból i rozpacz, że kiedyś go stracę były nie do zniesienia. Stąd zrodziła się we mnie za młodu potrzeba przepracowania tego tematu. Tata umarł 20 lat później. Początkowy okres żałoby, który trwał rok, to był najbardziej mistyczny czas w moim życiu. Takiego poczucia „ciszy” nie doświadczyłam w żadnej medytacji. Chciałam dostroić się do takich wymiarów, które w codziennym życiu są niesłyszalne, niedoświadczalne. Liczyłam, że „usłyszę” Ojca. Wreszcie dotarło do mnie, że aby żyć normalnie muszę pożegnać go i zwrócić mu wolność. Trudno nawiązać zdrową relację z żywym mężczyzną, kiedy wciąż jest się związaną z tym, który nie dość, że jest ojcem to już nie żyje.

    Reply

Leave a Reply